Blog
"... nie stawaj po stronie tłumu, aby przechylić wyrok. ..."
pedro65
pedro65 Mąż jednej żony, ojciec piątki dzieci, trochę inżynier i trochę manager ...
0 obserwujących 35 notek 19735 odsłon
pedro65, 6 grudnia 2012 r.

Święta natychmiast !

Badacze kultur pierwotnych Pacyfiku zauważyli pod koniec i po II wojnie światowej, interesujące zachowania ludności tamtejszych wysp. W dżungli i na wybrzeżach zaczęły powstawać atrapy pasów startowych, lotnisk, nabrzeży portowych, magazynów. Po głębszych badaniach sprawę udało się wyjaśnić. Tubylcy zauważyli, że na wyspy przybyło wielu białych, którzy całymi dniami nic sensownego nie robili. Tymczasem z nieba zaczęły przylatywać samoloty, z oceanu przypływać olbrzymie statki, przywożące przybyszom wszystko, czego mogli potrzebować, oraz mnóstwo rzeczy kompletnie niepotrzebnych. Tubylcy nie mogli, myśląc logicznie, wytłumaczyć tego inaczej, niż działaniem sił nadprzyrodzonych. Zaczęli zatem budować własne lotniska i porty, sądząc, że i im uda się przyciągnąć transportowce z dobrami. Kulty takie nazwano później „kultami cargo”.

Może niektórzy byliby gotowi śmiać się z „prymitywnych” wierzeń naszych braci z wysp Pacyfiku. Czy jednak słusznie ? Nasza obecna kultura ma wiele cech kultu cargo, czyli dosłownie „kultu dostawy”. Kiedy w 1986 roku pierwszy raz wyjechałem na Zachód, zdumiała mnie i trochę przeraziła architektura tamtejszych centrów sklepowych, nosząca wyraźne elementy architektury sakralnej. Pierwszy raz zetknąłem się wtedy z „religią sprzedaży”, która buduje sklepy piękniejsze i bardziej okazałe, bardziej monumentalne od kościołów. W końcu to logiczne - kiedy towar czy usługa staje się przedmiotem kultu, proces zakupów jest automatycznie liturgią, a sklep świątynią. To zjawisko możemy obserwować również w Polsce - w wielkich miastach mamy olbrzymie „katedry sprzedaży” jak krakowska Bonarka czy warszawska Arkadia, mieszczące około dziesięciu HEKTARÓW sklepów i punktów usługowych, w powiatowych miasteczkach leczymy kompleksy budując handlowe „kapliczki” zawierające kilka-kilkanaście sklepów pod jednym dachem i nazywając je dumnie galeriami.

Zastępowanie liturgii niedzielnej eucharystii przez post-liturgię niedzielnych zakupów w galerii jest dzisiaj coraz lepiej widoczne. Jakiekolwiek próby ograniczenia działalności sklepów wielkopowierzchniowych w święta spotykają się przy tym zawsze ze wściekłym atakiem polityków o korzeniach lewicowych, którzy zaczynają przy tej okazji bredzić o „miejscach pracy”. Jest to jednak argument chybiony. Niemcy, którzy w niedziele mają sklepy ustawowo zamknięte, jakoś nie cierpią na wyższe od naszego bezrobocie. Szanują za to prawo do świątecznego wypoczynku również dla pracowników handlu. Nasze wysokie bezrobocie z kolei wynika między innymi z nieprawdopodobnego wyzysku, jakiemu poddawani są zatrudnieni, z tzw. „orania pracownikiem”. W tej dziedzinie zatrudnieni w sieciach handlowych należą chyba do najbardziej wykorzystywanych. Ostatecznie wielkie sieci niszczą więcej miejsc pracy niż wytwarzają również dlatego, że przywożą towary z daleka (sam transport ziemniaków z Hiszpanii czy Izraela jest znacznie droższy niż wartość ziemniaków na polu pod Poznaniem, ale co tam, klient dopłaci) i wywożą daleko całe, niemałe przecież zyski, podczas gdy właściciele małych przedsiębiorstw większość swoich dochodów inwestują na miejscu.

Jest również nieprawdą, że sześciu dni roboczych nie wystarczy, żeby kupić wszystko to, czego naprawdę potrzebujemy. W handlu totalnym, w tym również w handlu świątecznym chodzi o to, żebyśmy kupowali ponad potrzeby. Przy okazji również ponad możliwości, ale od czego kredyt ? Wykazano, że w wielkich sklepach, w których pozornie jest taniej, wydajemy więcej, choćby dlatego, że w naszych koszykach ląduje sporo rzeczy niepotrzebnych, których nie planowaliśmy nabyć przychodząc do sklepu.

Wielkie galerie starają się zapewnić klientom mnóstwo różnorodnych usług, tak aby byli skłonni przebywać tam godzinami. Ostatnio słyszałem na przykład o wprowadzeniu gabinetów lekarskich przez jedną z sieci. Do pełnej transformacji religii tradycyjnej na religię sprzedaży brakuje oczywiście jeszcze pogrzebów. Może to kwestia staroświeckich uprzedzeń klientów, a może jednak niekorzystnie byłoby im przypominać, że na tamtą stronę już nie zabiorą swojego koszyka z zakupami ?

Religia sprzedaży ma również swoje okresy „liturgiczne” z których chyba najważniejszy związany jest z chrześcijańskim Bożym Narodzeniem. Co prawda w bardziej postępowych krajach, unika się już jakichkolwiek nawiązań do chrześcijańskiej tradycji, mówi się o „sezonowych życzeniach”, „celebracji światła” itp. wynalazkach. U nas najczęściej słyszymy przy tej okazji o „magii świąt”, zupełnie, jakby świętą chrześcijańskie miały coś wspólnego z magią. Oczywiście handlowe „boże narodzenie” jest związane z chrześcijańskim, ale się z nim nie pokrywa - kończy się dokładnie wtedy, kiedy prawdziwe Boże Narodzenie się zaczyna. Poza supermarketami można to zauważyć w postępowych mediach, które wbrew tradycji chrześcijańskiej raczą nas kolędami i choinkami już od końca listopada do 25-26 grudnia. Potem, kiedy naprawdę zaczyna się Boże Narodzenie, gwałtownie zmieniają repertuar, zapewne aby uniknąć posądzenia o wstecznictwo.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • @DOKU Zastrzeżenie poważne, choć i tak jedyna skuteczna ochrona dzieci to taka, żeby ich...
  • @PAWEL.NN Co do szkół bym się nie obawiał. W PiSowskich matecznikach już od lat wyniki...
  • @PROGRAMISTA71 Ale przykładowo ja, jako przeciwnik aborcji i in vitro mam konflikt sumienia...

Tagi

Tematy w dziale